Zjem.
Cóż lepszego nad dobre jedzenie!
No, niewiele :)
Dlatego właśnie niestrudzenie przemierzam świat w poszukiwaniu nowych smaków, doznań i przyjemności, goniąc to uczucie kulinarnej PEŁNI, z przyświecającą mi jedną myślą, celem i misją... ZJEM.
28/09/2026
Zjem w Gdyni.
Kapitalna Gdynia.
Dużo słońca, dużo śmiechu, trochę kultury i duuużo dobrego jedzonka.
Na śniadanie – MOŻE KAWY? Yes, please! Retro miejsce ze swobodną atmosferą i pysznymi śniadaniami w wersji wege & wegan. Na ścianie winyle, dookoła dużo piesków (serdeczne pozdrowienia dla sympatycznej panny Zosi ze stolika obok 🐶), na talerzu samo dobro. U mnie goferek na wytrawnie – z zieleniną, fetą, ricottą i jajkiem w koszulce, z wiodącym smakiem papryki. Zachwyty zebrały także jajka po turecku i marchewka na kokosowym labneh. Pyszna kawa - u mnie na mleku grochowym. Sama przyjemność.
Na obiad – wegańskie sushi w enoki Gdynia. W swoich nie-wege czasach nie przepadałam za sushi, teraz jako susharniana neofitka sprawia mi ono dużo frajdy. Zamówiłyśmy zestaw backlog i przyznam, że to był jeden z tych momentów zapomnienia, kiedy pochłaniam nie bardzo się zastanawiając, co dokładnie kryje się we wnętrzu – w pamięci zapadł mi pyszny boczniak w panko i california dragon roll obsypana granatem i orzeszkami ziemnymi – więcej grzechów nie pamiętam. O, jeszcze lemoniada mango-brzoskwinia była super! Dla podróżującej z nami sushi-sceptyczki wybór dań również był niczego sobie, a Curryflower na risotto z batatami był czule wspominany jeszcze następnego dnia.
Na pickę – restauracja Serio, z picką neapolitańską i innymi specjałami kuchni włoskiej. Jedna z najlepszych margherit, jakie jadłam w ostatnim czasie, SERIO SERIO. Aż żałowałam, że wzięłyśmy jeden placek do podziału na dwie – do momentu, kiedy na stole pojawiła się przyczyna tej zachowawczej kalkulacji – krem z palonej białej czekolady z lodami pistacjowymi. Wspaniałe, słodkie wykończenie. Orzeźwiająca lemoniada gruszka & szałwia również warta życzliwej wzmianki.
Na kolację – hiszpańskie tapasy w Tapas Barcelona. Wybitne grzanki z kozim serem i plastrem marmolady z pigwy, do tego patatas bravas z salsą brava i aioli oraz sangria 0% - żeby nadać wieczorowi jeszcze trochę słonecznego posmaku.
11/08/2026
Zjem w Warszawie
Cóż to była za noc!
Wieczór panieński jednej z najwierniejszych towarzyszek Zjem w nieustającej pogoni za dobrą szamką uczciłyśmy w restauracji VODA – bo i Wisła była motywem przewodnim tego wieczoru.
Wśród dań głównych na próżno szukać dań wege, poszłyśmy więc w małe talerzyki do podziału, a tam znalazło się już smakowite co nieco. Największy entuzjazm wzbudził w nas jedzeniowy basic, czyli frytki w pysznym połączeniu z majonezem truflowym. U mnie dodatkową wisienką na torcie okazały się… maliny – zmrożone owoce podane z chałwą i palonym mlekiem wyglądały zjawiskowo, smak również nie ustępował wrażeniom wizualnym. Ogólne wrażenia bardzo dobre, choć bez spektakularnych momentów – po zachwytach przeczytanych w sieci, spodziewałam się nieco większego polotu.
Tymczasem, dużo szczęścia dla naszej BRIDE TO BE, oby życie niezmiennie FASCYNOWAŁO i serwowało Ci zawsze same smakowitości!
28/06/2026
Zjem w Warszawie
Pierwszy raz w La Vegana był dawno i nieprawda temu. Bez palącej potrzeby powtórki.
Drugi raz w La Vegana – był zupełnie inny.
Być może dlatego, że zarządzeniem jubilatki zamówiłyśmy wszystkie bestsellery z sekcji dań mniejszych. Mnogość miseczek ledwo mieściła się nam na stole – widok z kategorii tych najpiękniejszych. Doznania smakowe w przedziale od „smaczne” do „bardzo smaczne”. Dużo sajgonek, spring rollsów, różnorodnych sosideł. Bezalkoholowy drink „Truskawkowe bąbelki” o smaku prawdziwej truskawki. Bez zaskoczeń czy kulinarnych uniesień, ale bogactwo wyboru i leniwy letni klimat dołożyły swoją cegiełkę. Wychodziłam z poczuciem, że warto sobie tę miejscówkę odnotować w głowie na przyszłe ucztowania, dzielenie się, błogi chill.
18/06/2026
Zjem w Olsztynie.
Olsztyn z deczka mnie rozczarował.
Zacznę jednak od jasnych stron.
Chrupiące, śniadaniowe gofry z awokado, kremowym serkiem, rozpływającym się jajkiem i masą zieleniny były najlepszym, co zjadłam na tym weekendowym wyjeździe. Do tego pyszna kawka na owsie, Michael Kiwanuka i Jose James z głośników – w takich błogich okolicznościach przeczekałyśmy w kawiarni Coffee Station ze 3 ataki ulewnego deszczu. Drugiego dnia na śniadanie wjechały jajka po turecku ze świeżym, lokalnym pieczywem – goferki trudno byłoby przebić, ale również były wyśmienite. Całe menu śniadaniowe jest bardzo rozbudowane, można wsunąć m.in. szakszukę podawaną na kilka sposobów, w tym w wersji vegan.
Przyjemnością numer dwa był nasz tour po trasie serniczkowej. Ciężko mi tu wybrać zwycięzcę, ale zarówno skyrnik mango-marakuja z wspomnianego już Coffee Station, jak i serniczki baskijskie z Loft 2.0 i z Vamos Salvador były odpowiednio kremowe, pięknie podane, rozpływające się w ustach, tak jak na szanujące się serniczki przystało.
Najbardziej vege-friendly miejscem na obiad okazała się malutka japońska knajpa Kingyo. Rameny, udony, sushi – wszystko dostępne także w wersji wege. Ja wsunęłam udon (rozchlapując co nieco), podany z górą warzyw w tempurze. Na spółę wzięłyśmy także rolkę sushi z tempurą (nie była to najbardziej przemyślana decyzja w moim życiu, pod koniec lekko się zatemuprzyłam). Najbardziej smakowity był w mojej ocenie ramen orzechowy z talerza współtowarzyszki. Popijałyśmy zieloną herbatą o słodkim aromacie gruszki i opuncji i było nam w Kingyo bardzo przyjemnie.
To teraz słów kilka o rozczarowaniach.
Restauracja Port z pięknym widokiem na jezioro, o lekko jachtowo-hotelowo-fensi wajbie, ze świetną obsługą i całkiem zmarnowanym potencjale w postaci steka z kalafiora na talerzu – twardym i mdłym.
Loft 2.0, w którym napaliłyśmy się na polecane na stronie knajpy szparagi z falafelem, gdy tymczasem na miejscu okazało się, że szparagów brak, a wybór dań wege w menu mało porywający – u mnie padło na pizzę margheritę (całkiem smaczną, chociaż ze znaczną nadreprezentacją sera). Poczułyśmy się wyrolowane co najmniej tak, jak po sprawdzeniu, że Einstein NIGDY NIE BYŁ W OLSZTYNIE (patrz: zdjęcie).
Słodki przerywnik w cukierni Słodycz tej Krainy – skusiła nas piękna wystawka, wybór wydawał się nieomal niemożliwy, sama konsumpcja jednak – dość smutna.
Rozczarowaniem ogólnym był mały wybór interesujących opcji wege. Naprawdę chciałyśmy zjeść drugie wyjazdowe śniadanie w innym miejscu, ale po szybkim spacerze wróciłyśmy do naszej miejscówki z pierwszego dnia. Przyznaję, że sama sobie to rozczarowanko napompowałam – uroiłam sobie, że Olsztyn to jakaś metropolia i że BĘDZIE JEDZONE.
A może coś mi umknęło? Jeśli macie jakieś olsztyńskie polecajki – chętnie przyjmę na przyszłość!
29/05/2026
Zjem w Łodzi.
Nie igraj z lasem, bo cię pochłonie – ostrzega leśna zgraja na jednym z plakatów wewnątrz łódzkiego Lasu. No właśnie, ostrzega, czy też może zachęca?
Okazało się, że w nowej pracy też zdarza mi się czasem kopsnąć poza Warszawę – i tak oto, w ten piękny, wiosenny dzień wylądowałam w Łodzi. A w tej Łodzi, w zaułku tuż za jedną z bram na Piotrkowskiej – jest właśnie LAS vegan food and more.
Spójny pomysł na miejsce, przyjemne wnętrze, czadowe zwierzaki w identyfikacji wizualnej, jak również werbalnej – w toalecie z głośników płynie bajka o łódzkiej faunie. Już sama lektura menu dostarcza nieco radości (napić się tu można m.in. Fretki na gazie, a zakąsić Norką w pontonie. Uspokajam: wciąż jesteśmy w wegańskiej knajpie!). Tylko ta czcionka – weź tu człowieku rozczytaj te nagłówki!
Na szczęście, główną przyjemnością w Lesie pozostaje jednak jedzenie. U mnie była to „Stonka w ognisku”, pod którą to nazwą kryje się pieczony ziemniak z rzodkiewką małosolną, beszamelem, piklowaną cebulą, syropem rabarbarowym i chrustem z ziemniaka. Pyszności! Pomimo tak znacznej reprezentacji mało być może wyszukanej bulwy, jaką jest ziemniak, danie było nieoczywiste w smaku i oryginalnie skomponowane. Chrupiący chrust robił świetną robotę łącząc się z gęstym beszamelem i kwaśnymi dodatkami. Porcja mogłaby być nieco większa, ale dzięki temu – można popróbować różnych pozycji z menu. Czy też raczej możnaBY, gdyby się miało na to więcej czasu.
Jedynym elementem posiłku, który mi nieco wykrzywił facjatę, była lemoniada MOKRY PIES z kwaszonej cytryny – opis mówi sam za siebie, a i osoba obsługująca uprzedziła mnie, że napój jest BARDZO słony, więc był to eksperyment, w który weszłam świadomie, a jego wynik biorę na klatę. Jakoś trudno mi było jednak, przy tych wszystkich nazwach, nad którymi ktoś się tak natrudził, zamówić do obiadu zwykły sok pomarańczowy.
Jakoś tak wychodzi, że co nie pojawiam się w Łodzi, to okazuje się, że knajpa, w której stołowałam się poprzednio, zdążyła się zamknąć. Bardzo liczę, że ta klątwa nie dosięgnie LASU, bo wielce mi się tam podobało i czuję duży niedosyt. Musieliśmy niestety pędzić na pociąg, a zatem deser „DAJ SE SIANA” w postacie chrustu z kataifi, oleju sosnowego, lodów o smaku białej czeko, pistacjowej bitej śmietany, żelka z kwiatów czarnego bzu i soli maldon – zostawiam sobie na następną wizytę.
18/02/2026
Zjem w Warszawie.
Rany, rety, cóż to była za wyżerka!
Jakoś mi zazwyczaj nie po drodze na Kruczą. Na spotkania towarzyskie wybieram zazwyczaj przytulniejsze miejsca, a i moje kubki smakowe preferują dania raczej z kategorii akrobatyki kulinarnej, niż ot, schaboszczaka z surówką. Lokal Vegan Bistro ma wystrój dość surowy, raczej na szybki obiad niż długie posiadówy. Wczorajszy wieczór udowodnił mi, że człowiek (czyli w tej opowieści: ja) jest istotą omylną.
Nie chodzi o to, że zarówno chrupiący schaboszczak, jak i seitanowy stek, które podskubywałam od moich towarzyszek w oczekiwaniu na moje zamówienie, były wspaniałe.
Choć były.
Placek ziemniaczany jednak, wypełniony sosem śmietanowym z boczniakami i pieczarkami, udekorowany twarożkiem z tofu i chutneyem z czerwonej cebuli – ten placek, to było zaiste niebo w gębie i akrobatyka kulinarna do kwadratu.
Gwoli dopełnienia rygoru definicyjnego: akrobatyka kulinarna jest wtedy, kiedy ładujesz widelec w talerz naładowany różnoraką dobrocią i nie zastanawiasz się nawet, co dokładnie żeś nadział/-a, bo wszystko się ze sobą łączy tak wspaniale, że odruchowo zamykasz oczy i na chwilę przenosisz się w inny świat.
Tak właśnie było.
W kategorii domowe i wegańskie – Lokal Vegan Bistro nie ma sobie równych, CHANGE MY MIND.
07/02/2026
Zjem w Warszawie. ́niadanie
Dzisiejsza zimowa aura – raczej z tych szaro-buro-pluchowatych. Po przekroczeniu drzwi SHUKa jednak – wchodzimy w bliskowschodni gwar, pełen smaków i kolorów. Trzeba się jakoś ratować.
Śniadanie w SHUKu to zawsze dobry pomysł. Zestawy są różnorodne i rozbudowane, wszystko pyszniutkie. Zdziwiłam się tylko, że w wegetariańskiej knajpie, w bogatej śniadaniowej ofercie, jest cała jedna opcja wegańska – szakszuka z bakłażanem. Chciałoby się więcej, szczególnie że fazę szakszukową mam już za sobą.
Po dłuższej chwili wewnętrznej walki, wybrałam śniadanie tureckie – j***o poche w jogurtowym sosie haydari (czyli na moje: jajka po turecku;), hummus ziołowy, sałatka, pikle, słodki akcent – kadayif z daktylem. Do tego – WSPANIAŁA BRIOSZKA. Zestawy są skomponowane w podobny sposób – jakaś forma jajka, jakiś rodzaj sera, pikle, hummus, sałatka. Ale ta brioszka, miziana w haydari – poezja!
Jako że poziom cukru po śniadaniu oceniłyśmy na ZBYT NISKI, uraczyłyśmy się jeszcze kawałkiem tarty cytrynowej i banoffee do podziału, przy czym moje uszy trzęsły się bardziej przy tym drugim. Do tego pyszna kawka na owsie.
No warto było zwlec się z łóżka i bujnąć na Ochotę.
23/01/2026
Zjem w Warszawie.
W pizzy często idę w klasykę - porządna margherita mogłaby być podstawą mojej diety (DIETY HUE HUE), ale tym razem skusiło mnie połączenie kremu dyniowego, szpinaku, koziego sera, miodu i orzechów. Wynik eksperymentu był więcej niż satysfakcjonujący.
Oryginalne mixy smaków, smakowite napitki (u mnie napar imbirowy oraz mocktail winogrono-cytrusowy Uva Viva - w pierwszym momencie rozczarowała mnie nieco jego objętość, ale przez swój intensywny, słodko-kwaśny smak okazał się idealny do powolnego sączenia) sprawna obsługa - wszystko się zgadzało.
CASA DI TUZZA - Pizza Napoletana - bardzo przyjemne miejsce na pickę neapolitańską w centrum Warszawy.
30/11/2025
Zjem w Toruniu.
Co zjeść w Toruniu poza piernikami?
Śniadanie w Bułka. Na śniadanie jada się na przykład tosta z awo, jajkiem poche, burratą i pesto-miętowo-pistacjowym. Popija się cappuccino, suto wzbogaconym u brzegu filiżanki słodziutką pastą pistacjową. Wspomnienie tej kawy pozostanie w moim serduszku na długo 💚.
Obiad w restauracja monka. Na obiad wcina się różności z menu talerzykowego, na spółę z przyjaciółmi. Warzywne kąski taplające się w sosach i panierkach: zapiekanka ziemniaczana Anny (konfitowane ziemniaki w maśle z tymiankiem i czosnkiem, majonez truflowy, ser), krokiety z kalafiora (sos z sera szwajcarskiego, wędzona słodka papryka), wegański szaszłyk (marynowane boczniaki i brunatne pieczarki, glazura imbirowo-sojowa, sojonez, szczypiorek, wegański parmezan). A jeśli źle się wycyrkluje wielkość porcji i w żołądku pozostanie jeszcze przestrzeń do zagospodarowania, można domówić na przykład zielone ravioli. Nadzienie interesujące (ricotta z pieczoną dynią, musztarda francuska i suszone morele, masło palone z szałwią), sam makaron był jednak nieco gumiasty. Ravioli nie dorównało talerzykowym przyjemnościom, które były dla mnie kulminacyjnym gastro-punktem tego wyjazdu. Lepiej niż ravioli na główne danie sprawdziła się równie reprezentacyjna, choć niestety z talerza obok – szpinakowa lazania.
Na deser miałam Wam polecić miejscóweczkę na puszyste tiramisu o smaku włoskiej nostalgii, jednak zdaje się, że zdążyła się ona zamknąć w ciągu 2 tygodni, które upłynęły od naszej wizyty. Wrzucam zatem jedynie sentymentalną foteczkę.
Można też oczywiście jeść pierniki na śniadanie, obiad i kolację. Bo kto wam zabroni.
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.
Kategoria
Strona internetowa
Adres
Ul.Krucza 23/31
Warsaw
00-525
Powiadomienia
Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Zjem. opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.